środa, 9 września 2015

Wakacje z małymi dziećmi - cudowne chwile i te trochę mniej....Cz. I


Już sama myśl o zobaczeniu tego bezkresu wywołuje we mnie dreszczyk emocji. Nawet teraz, gdy wspominam te widoki, morze, niebo, szum, fale, miły, wszędobylski piasek.....Sama buzia mi się uśmiecha do ekranu. Pamiętam doskonale, gdy pojechałam nad morze na kolonie... stałam i nie mogłam przestać na nie patrzeć. Pamiętam co wtedy czułam i za każdym razem, gdy udaje mi się dotrzeć nad nasz Bałtyk, czuję to samo - to uczucie totalnego zachłyśnięcia się szczęściem i wolnością.

Nie mogłam tak po prostu odebrać tego wszystkiego Mariannie i Stefanowi. Wiem doskonale, że nie będą pamiętać tych swoich wakacji nad morzem, ale będziemy pamiętać je my - ich rodzice. A do zapamiętania jest naprawdę dużo, choć to było zaledwie 5 dni. Było noszenie w chuście, budowanie zamków, szukanie muszelek, oglądanie zachodu słońca, skakanie przez fale.... Jak dobrze, że można robić zdjęcia bez presji ze strony kończącej się kliszy! Ale zacznę od początku....


W tym roku, podobnie jak w zeszłym, wyszperaliśmy ciekawą ofertę wśród licznych, proponowanych przez Grupon. Priorytetem było miejsce przyjazne dzieciom, nad morzem, w miarę blisko Gdańska. Wybór padł na Wyspę Sobieszewską. Tylko jak tam dojechać, skoro w samochodzie na tylnym siedzeniu w fotelikach 19- miesięczna Marianna i 3 -miesięczny Stefek? Uff... Trzeba przyznać, że tym razem dział logistyki dał ciała.
Celowaliśmy z wyjazdem tak, aby Marianna po około godzinie jazdy zasnęła. Ale chyba zupełnie zaponiałam, że z dziećmi nie ma co planować, bo Mania usnęła nam chwilę po wyruszeniu z domu. Ze  Stefkiem nie było problemu.....aż do magicznej godziny ZERO - czyli czasu najważniejszego, którego nie wolno przegapić, ani nawet odłożyć choćby na 10 minut. Owa godzina zero, to czas jedzenia. Stefan to prawdziwy mężczyzna, który zniesie naprawdę wiele, mogłabym pokusić się nawet o stwierdzenie, że zniesie niemalże wszystko, za wyjątkiem głodu. Zazwyczaj pojawia się on z prędkością światła, właśnie wtedy, gdy Marianna potrzebuje na nocnik, siada do jedzenia zupy lub zamarzyła o rysowaniu. Nic w tym momencie nie jest ważniejsze, niż natychmiastowy alarm, który obudziłby z pewnością umarłego.  Tak było i tym razem, gdy zaledwie udało nam się wyjechać z Warszawy, po czerwonej fali, która była nieubłagana za każdym razem, gdy zbliżaliśmy się do skrzyżowania. Marianna śpi, Stefan się drze... i nie ma że boli! Trzeba się zatrzymać, wystawić bufet i nakarmić księciunia, bo dalsze negocjacje, bujanie, kołysanie i próba odwrócenia uwagi zabawką, wprawiają go w jeszcze większą rozpacz. Co z tego, że od 45 minut nie mogliśmy wjechać na trasę, a po wyłączeniu silnika Marianna się obudziła z oczami jak pięciozłotówki? No ale co? Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Postój zaliczony! Głodni nakarmieni, spragnieni napojeni - po kolejnych 40 minutach siedzimy zapakowani na nowo w samochodzie. I dopiero teraz, po 19stu miesiącach usłyszeliśmy, jak Marianna pięknie i głośno potrafi piszczeć!! Byłam pełna podziwu, skąd jej to przyszło do głowy - WŁAŚNIE TERAZ, gdy Stefek z pełnym brzuszkiem odpłynął....
Myślę, że Mańka również była zadziwiona, a nawet oczarowana. Sądząc po jej minie, mam wrażenie, że pękała z dumy....Kilka zwinnych ruchów i niczym antylopa przeskoczyłam na tylną kanapę, by usadowić swoją prawie zgrabną pupę w tym jakże przestronnym miejscu między dwoma fotelikami.
 Sytuacja opanowana - kołysanki, głaskanie, tulenie, opowiadanie bajki, śpiewanie, mówienie wierszyków, zabawianie, oglądanie bajki na tablecie (tak, muszę się przyznać, złamałam się i pod tym względem).... Potem jeszcze postój na przepyszne pierogi i spokojnie dojechaliśmy na miejsce. 6 godzin i jesteśmy!

Ośrodek okazał się strzałem w dziesiątkę. Pokój z widokiem na plac zabaw i szum morza słyszany z balkonu....  a plaża jak na zamówienie. We wrześniu nie ma mowy o parawaningu. Ludzi jak na lekarstwo i to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Nie ma straganów z pierdułkami, nie ma gofrów, lodów, ani nawet smażonej ryby z frytkami i porcją surówki (?!) Z tym ostatnim to przegięli, ale na całe szczęście mieliśmy wykupione wyżywienie w ośrodku. Jest za to szum, las i mnóstwo piachu. Tego mi było trzeba.

Przez pierwsze dwa dni walczyliśmy z samorozkładającym się namiotem na plażę. Tak się pięknie sam rozkładał, ale lekcję samoskładania już chłopak odpuścił. Stefan na alarmie przeciwgłodowym, Marianna postanowiła mu pomóc, bo chyba martwiła się o brata, a my walczymy zawzięcie z namiotem. Jak to dobrze, że nie było tłumów na plaży, bo filmik z dwojgiem płaczących dzieci i gimnastykujących się przy namiocie rodzicach trafiłby na yutube'a i biłby rekordy oglądalności przez zestresowanych pracowników korpo.

Najcięższym dniem, był dzień wyjazdu. Mam wrażenie, że udało nam się spalić nie tylko chwilę wcześniej zjedzone śniadanie, ale również obiadokolację  z deserem z poprzedniego dnia. Marianna ryczała, bo z okna widziała plac zabaw ( przeklęty pokój na parterze), Stefek ryczał z głodu, a my mieśmy 1,5 godziny aby się spakować i wymeldować. Szybka organizacja,  wymiana spojrzeń, decyzja i plan działania gotowy - Stefka biorę do "bufetu", Marianna  w tym czasie ogląda Pepe (jak cudownie, że również polubiła tą świnkę jak większość dziecięcej populacji). Następnie Stefek do wózka na dwór z Tatą, a Mariannę szykuję na plac zabaw. Plany plany.... czy ja się nigdy tego nie nauczę?? Marianna dostała jakieś alergii na ubrania! Skarpetki - nie! Majtki - nie! Bluza- nie! Buty- NIE, nie i jeszcze raz nie! Półgodzinna walka, przeplatana wszystkimi możliwymi uczuciami, od entuzjazmu po czarną rozpacz. Na szczęście mam trzecią rękę, która w tym czasie dzielnie pakowała wszystkie rzeczy do walizek, bo inaczej w życiu byśmy nie zdążyli się wymeldować. A tak to luz!

To wszystko sprawiło, że nasze pierwsze wakacje we czwórkę zapadną w pamięci na zawsze.
 I o to chodziło, prawda? ;)

To była pierwsza część opowieści... ta harcorowa....
 Druga niebawem - o tym, że było naprawdę cudownie - Serio serio ;)






4 komentarze:

  1. Jak Stefan mówi, że chce jeść, to Ty go tu zabawką nie czaruj!! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam z zapartym tchem :) Niczym rozdział dobrej książki. Czekam na ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aga - ale mnie tym komentarzem zmotywowałaś!! Muszę się w końcu zebrać i napisać cd. - bo takiej biedy na blogu dawno nie było :(
      Pozdrawiam!!

      Usuń

Daj znać, co o tym sądzisz